piątek, 30 września 2011

seriale fae-talne.

Z niemałym zachwytem obejrzałem pierwszy sezon "Lost girl", śledząc uważnie poczynania bohaterki o subtelnym imieniu Bo. Pomysł należy do tych z gatunku skazanych na sukces: przeciętnej urody sukuba o wampirycznych skłonnościach okazuje się wróżką, prowadzi paranormalne biuro detektywistyczne z gotką i przygłupim wilkołakiem i nawiązuje romans z trzydziestoletnią specjalistką od anatomii wróżek i elfów. Proste i genialne!

Bohaterka odnajduje swoją matkę-sukubę dzięki baśniowej seksaferze, mierzy się z piaskowymi dziadkami, świszczącymi banshee w sztruksach i brudnymi naczyniami. Rezygnuje z wygodnego życia, dobrego seksu i samowystarczalności, po czym zakłada z koleżanką pogotowie detektywistyczno-seksualne dla upośledzonych nimf. Przemyślane sceny walki, miotanie płomieni, efektowna telekineza i znoszenie jaj w najmniej oczekiwanych momentach zdradza samorodny talent reżyserski. Kanadyjski umiar w dziedzinie efektów specjalnych, musicalowe kostiumy złych charakterów, prospołeczne zacięcie i moralna/intelektualna niedookreśloność głównej bohaterki tworzą kombinację równie wdzięczną i zmyślną co bollywoodzkie hity. Życiowe rozterki zbuntowanej wróżki to brylant pośród swych znacznie słabszych telewizyjnych pobratymców.

S.